Wacek nie był jedynym nieszczęściem w rodzinie, jak mawiał jego ojciec tuż przed śmiercią.
Miał jeszcze brata, a ten nawet przewyższał Wacka w osiągnięciach. Studiował ponad 10 lat i zamiast już skończyć tę filozofię, zrezygnował po drugim roku. Jak to mówił, znalazł coś, co pozwoli mu bezpiecznie spędzić kolejne lata czytając książki (i czasopisma). Konkretnie, jak się okazało, znalazł pracę jako ochroniarz. Ubranie mu dali, szykowny garniturek, białą chwilowo koszulę i delikatne jak na lato, zimowe buty. W ramach swojej pracy miał pilnować pewnego biura, a konkretnie - upewnić się, że na teren tej firmy wchodzą jedynie te osoby, które mają na to pozwolenie. Tyle teorii, bo w praktyce pilnował jakiegoś terenu budowy, na którym stały koparki, leżała masa innego sprzętu i kilku robotników budowlanych.
Brat Wacka odnalazł się w tej grupie towarzyskiej niezwykle dobrze, dzięki kompletnemu brakowi nadzoru mieli masę czasu na wszystko, co sobie tam wymyślili. W firmie nie liczyło się, żeby ochroniarze chronili. W zasadzie mówili tam sobie, że to oni powinni być chronieni, bo mając status prawny dozorcy teoretycznie odpowiadają za majątek. Na szczęście mieli umowę o pracę, w której zaznaczone było, że odpowiadają jedynie za swój majątek, który uległby uszkodzeniu w trakcie wykonywania pracy. Ale oni ani majątku nie mieli ani pracy nie wykonywali, więc strachu nie było.
Lubili zawody z serii: wykorzystanie sprzętu budowlanego w celach innych, niż to by się wydawało. Na pierwszy ogień poszły koparki. Wyścigi były dosyć widowiskowe, do momentu, w którym jeden z rajdowców nie przesunął sławojki wprost na tory tramwajowe, a drugi, chcąc pomóc ten niewielki kibelek ponownie na swoje miejsce postawić, przewrócił koparkę na tory, tarasując przejazd tramwajom na kilkanaście godzin.
Działali w ten sposób do czasu, kiedy plac budowy ktoś podwędził i musieli chronić kolejny.
Od tamtej pory, zmuszeni działać w ramach rozrywki nieco ciszej, ponieważ ludzie na sąsiedniej budowie wyłącznie pili z braku zajęcia i narzędzi, częściej wykorzystywali narzędzia typu wiertarki, łopaty i młoty pneumatyczne, ale bez zasilania. Prądu nie było, bo i po co miałby być? Deweloper się nie śpieszył, bo pieniądze klientów już miał.
Ponieważ budowlańcy narzędzi raczej nie wykorzystywali, gdyż użycie maszyn pod wpływem mogłoby się skończyć nieciekawie, dane narzędzia zawsze były sprawne.
Do momentu, kiedy brat Wacka nie został sam na terenie i po kilku głębszych nie spróbował zbudować sztucznego jeziorka. I tutaj okazało się, że jego podejście do zagadnień z czysto stoickim, takim filozoficznym bardziej spokojem, zaowocowało.
Po pierwsze, tuż po wykopaniu niewielkiego dołka okazało się, że jeziorko jakby samo powstaje. Biorąc pod uwagę, że brat Wacka przebił starą rurę doprowadzającą ciepłą wodę do dużego osiedla, jeziorko wręcz zapraszało do kąpieli termicznych, z czego niechętnie skorzystał w trakcie odwrotu z budowy. Na szczęście umiał pływać, to jakoś do najbliższej stacji benzynowej dotarł, po czym zadzwonił do firmy, w której pracował i przekazał informację, że w takich warunkach to on pracować nie będzie, a za znaczny uszczerbek na zdrowiu pozwie ich do sądu.
I tyle o bracie Wacka.
Powiało czymś
7 mies. temu
