Opera mydlana

Powitać wędrowników blogowych nowej rzeczywistości.
To, co tutaj umieszczam, to wynik obserwacji tego, co się dzieje w naszych czasach, lekko skrzywionym okiem.
Mam nadzieję, że się czytacze będziecie dobrze bawić.
Pozdrawiam.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

Brat Wacka

Wacek nie był jedynym nieszczęściem w rodzinie, jak mawiał jego ojciec tuż przed śmiercią.

Miał jeszcze brata, a ten nawet przewyższał Wacka w osiągnięciach. Studiował ponad 10 lat i zamiast już skończyć tę filozofię, zrezygnował po drugim roku. Jak to mówił, znalazł coś, co pozwoli mu bezpiecznie spędzić kolejne lata czytając książki (i czasopisma). Konkretnie, jak się okazało, znalazł pracę jako ochroniarz. Ubranie mu dali, szykowny garniturek, białą chwilowo koszulę i delikatne jak na lato, zimowe buty. W ramach swojej pracy miał pilnować pewnego biura, a konkretnie - upewnić się, że na teren tej firmy wchodzą jedynie te osoby, które mają na to pozwolenie. Tyle teorii, bo w praktyce pilnował jakiegoś terenu budowy, na którym stały koparki, leżała masa innego sprzętu i kilku robotników budowlanych.
Brat Wacka odnalazł się w tej grupie towarzyskiej niezwykle dobrze, dzięki kompletnemu brakowi nadzoru mieli masę czasu na wszystko, co sobie tam wymyślili. W firmie nie liczyło się, żeby ochroniarze chronili. W zasadzie mówili tam sobie, że to oni powinni być chronieni, bo mając status prawny dozorcy teoretycznie odpowiadają za majątek. Na szczęście mieli umowę o pracę, w której zaznaczone było, że odpowiadają jedynie za swój majątek, który uległby uszkodzeniu w trakcie wykonywania pracy. Ale oni ani majątku nie mieli ani pracy nie wykonywali, więc strachu nie było.

Lubili zawody z serii: wykorzystanie sprzętu budowlanego w celach innych, niż to by się wydawało. Na pierwszy ogień poszły koparki. Wyścigi były dosyć widowiskowe, do momentu, w którym jeden z rajdowców nie przesunął sławojki wprost na tory tramwajowe, a drugi, chcąc pomóc ten niewielki kibelek ponownie na swoje miejsce postawić, przewrócił koparkę na tory, tarasując przejazd tramwajom na kilkanaście godzin.

Działali w ten sposób do czasu, kiedy plac budowy ktoś podwędził i musieli chronić kolejny.

Od tamtej pory, zmuszeni działać w ramach rozrywki nieco ciszej, ponieważ ludzie na sąsiedniej budowie wyłącznie pili z braku zajęcia i narzędzi, częściej wykorzystywali narzędzia typu wiertarki, łopaty i młoty pneumatyczne, ale bez zasilania. Prądu nie było, bo i po co miałby być? Deweloper się nie śpieszył, bo pieniądze klientów już miał.
Ponieważ budowlańcy narzędzi raczej nie wykorzystywali, gdyż użycie maszyn pod wpływem mogłoby się skończyć nieciekawie, dane narzędzia zawsze były sprawne.
Do momentu, kiedy brat Wacka nie został sam na terenie i po kilku głębszych nie spróbował zbudować sztucznego jeziorka. I tutaj okazało się, że jego podejście do zagadnień z czysto stoickim, takim filozoficznym bardziej spokojem, zaowocowało.
Po pierwsze,  tuż po wykopaniu niewielkiego dołka okazało się, że jeziorko jakby samo powstaje. Biorąc pod uwagę, że brat Wacka przebił starą rurę doprowadzającą ciepłą wodę do dużego osiedla, jeziorko wręcz zapraszało do kąpieli termicznych, z czego niechętnie skorzystał w trakcie odwrotu z budowy. Na szczęście umiał pływać, to jakoś do najbliższej stacji benzynowej dotarł, po czym zadzwonił do firmy, w której pracował i przekazał informację, że w takich warunkach to on pracować nie będzie, a za znaczny uszczerbek na zdrowiu pozwie ich do sądu.
I tyle o bracie Wacka.

czwartek, 7 stycznia 2010

Początek zaczynamy na starcie - od Wacka

Wacek wstał jak zwykle kompletnie niewyspany i pierwszą rzeczą, którą zrobił, było sprawdzenie godziny na zegarku. Coś mu nie pasowało i spojrzał na czas wyświetlany na odbiorniku radiowym. Nie zgadzało się nadal. Włączył telewizję i przełączył kanał na wiadomości. Tutaj też był inny czas, zupełnie nie zgadzający się z dotychczasowymi obserwacjami.

Jakoś dowlókł się do kuchni i zerknął na czas podawany przez kuchenkę elektryczną. Też inny. Zapowiadało się lekko sensacyjnie, więc Wacek zadzwonił do informacji telefonicznej. Nie mógł się dodzwonić, co sklął wysoce szpetnie, aż sobie przypomniał, że telefon od dawna nie działa i przerzucił się przecież już dawno temu na komórkę. Kolejny problem. Gdzie jest komórka? W tym momencie przypomniał sobie, że wczoraj zostawił ją w pubie, do którego chodzi ostatnio już rzadziej, bo raz dziennie, a pub otwierają od dziesiątej. Czyli w zasadzie mógłby pójść i odebrać, ale czy już otworzyli? Bez dokładnej informacji o aktualnym czasie nie rozwiąże tego problemu.

A to nie był jedyny problem Wacka po przebudzeniu.

Nie miał zielonego pojęcia, jaki jest dzień tygodnia, więc postanowił ubrać się, pójść do kiosku i kupić gazetę - mając nadzieję, że sprzedadzą mu dzisiejsze wydanie, a nie tak, jak poprzednio - kupił w poniedziałek a data była z przyszłości, czyli jakieś siedem dni do przodu. Wtedy poczuł się jak w jakimś międzyczasie, co niezbyt mu odpowiadało, biorąc pod uwagę to, co robił na co dzień.

Wacek był szefem bardzo ważnego departamentu, jak to lubił podkreślać, w dużej sieciowej - czyli międzynarodowej, agencji reklamowej. Zadaniem jego działu było pilnowanie terminowego załatwiania spraw przez wszystkich innych zatrudnionych w agencji. Było to bardzo istotne, z punktu widzenia finansów firmy, ponieważ przekroczenia terminów powodowały zmniejszenie zysków agencji a do tego budziły niepokój klientów, co mogło być fatalne w skutkach.

Czyli skracając - Wacek powinien jak najszybciej zorientować się, jaki dzisiaj jest dzień i która godzina. W innym przypadku, ktoś mógłby mu zarzucić, że nie jest odpowiednią osobą na tym stanowisku i mógły stracić bardzo wysokie dochody, co w połączeniu z małą ilością pracy, którą w perfekcyjny i bezczelny sposób przerzucał na innych, spowodowałoby kryzys.

Warunki pracy miał niezłe, niezadowolony był jedynie z koloru nowego perskiego dywanu w gabinecie, ale to można jakoś wytrzymać.

Wytrzymać można wiele, ale coraz trudniej przychodziło mu wywiązywać się z obowiązku celebrowania każdego dnia w agencji, wymagającego dużego wysiłku ze strony organizmu. Czasami zastanawiał się, jak to jeszcze możliwe, że się w ogóle budzi? Przecież po takiej ilości alkoholu zmieszanego z tym, jakkolwiek to się nazywało, co przynoszą kreatywni, to po euforycznym wręcz momencie, kiedy wydaje się, że człowiek może wszystko, potem jest niezły dół.

Jednemu takiemu z działu informatyki tak się właśnie wydawało, że może wszystko, a że był nowy i niezbyt zaprawiony w celebrowaniu, więc poszedł sobie pofruwać parę dni temu. Świadkowie mówili, że tuż przed skokiem z Pałacu Kultury wykrzykiwał, że chodniki są stanowczo zbyt niskie i że porządnie się odbić do lotu nie można.  W zasadzie problemu już nie ma, bo dział personalny zawsze ma w zapasie kogoś na prawie każde stanowisko, więc luka w personelu zniknęła po dwóch dniach. Ale pamięć została, niestety. Pytali ich, kiedy on sobie poszedł i o której godzinie zostawił towarzystwo? Trudne pytanie, bo już nikt nie kontaktował.

Jakby mało było problemów tego ranka, już po przebraniu się ze szlafroka w swoje ubranie robocze, czyli garnitur od Bossa, Wacek zauważył, że w gmatwaninie pościeli na jego łóżku ktoś leży. Cholera, po nogach płci nie rozpozna, bo teraz wszyscy pedicure robią, ale gorzej, bo kompletnie nie wie, kto to może być.
Jeżeli to jego dziewczyna, to pół biedy, ale ostatnio balowali w rozszerzonym towarzystwie, w domu prezesa. Oby tylko nie to, pomyślał Wacek. Oby to nie był prezes. Niby dookoła łóżka leży porozrzucana damska bielizna, ale to wiadomo, co prezes nosi?

Odchylił lekko kołdrę, żeby opóźnić ewentualny szok, a tu całkiem przyjemne zaskoczenie.

Jakaś nieznajoma kobieta, na oko w wieku dwudziestu-paru lat. Chyba nowa od grafiki, nieźle obrysowana.
No to już OK, w każdym razie to nikt, kto jest w jakiś sposób związany z rodziną prezesa.

Wacek dopiął spodnie i poszedł po gazetę. Jeżeli dzisiaj jest czwartek, to ma wieczorne spotkanie z Magdą, szefową działu personalnego jednego z najważniejszych klientów jego agencji. W końcu jakoś o przyszłość dbać musi?

CDN